Wyścig o Grand Prix Chin powraca do kalendarza Formuły 1 po pięciu latach przerwy. Zespoły i kierowcy z niecierpliwością wyczekują okazji na ściganie w Szanghaju, gdzie dotychczas nie obowiązywały współczesne regulacje techniczne samochodów. Wyzwań nie brakuje – asfalt toru w Chinach ma opinię wymagającego, a z powodu pandemii F1 nie odwiedzała tego miejsca od 2019 roku. George Russell z Mercedesa z nie lada ostrożnością podchodzi do oceny szans, a jednocześnie wyraźnie wskazuje na zagrożenie, jakie w tym sezonie stanowi dla niego Ferrari.
O ile Mercedes w ostatnich latach regularnie walczył o najwyższe lokaty, tak tegoroczna kampania przebiega dla nich pod znakiem nieco większych trudności. W momentach, gdy inżynierowie próbują zrozumieć twarde ograniczenia obecnego bolidu W15, Ferrari wydaje się łapać drugi oddech. Charles Leclerc i Carlos Sainz już kilkukrotnie pokonywali kierowców Mercedesa w kluczowych sesjach kwalifikacyjnych i wyścigach. Dodatkowo, Ferrari wykazuje się konsekwencją i wytrzymałością tempową, która może okazać się kluczowa podczas zmiennej pogody lub neutralizacji.
Russell podkreśla, że w Chinach nie można lekceważyć konkurencji pod żadnym względem – nawet Red Bull nie ma gwarancji dominacji. Sezon 2024 charakteryzuje się rekordową konkurencyjnością stawki i nawet najmniejsze detale mogą wpłynąć na końcowy układ sił. Kluczowe będą nowe dane, jakie zespoły zdobędą podczas sesji treningowych, zważywszy na nieco inne podłoże asfaltu i nowe możliwości dzięki wsparciu technologicznemu Pirelli.
Eksperci wskazują, że Mercedes nie powiedział ostatniego słowa i na pewno przywiezie do Chin świeże rozwiązania. W poprzednich wyścigach sezonu inżynierowie Brackley przeprowadzili szereg ważnych analiz. Warto szczególnie śledzić, czy uda się Russellowi i Hamiltonowi zneutralizować tendencje samochodu do nadsterowności na trudnych zakrętach, jakie obfitują na torze w Szanghaju. Dla obu kierowców będzie to istotny test nie tylko tempa wyścigowego, ale także pracy zespołowej inżynierów i strategów Mercedesa.
Patrząc na Ferrari, Charles Leclerc prezentuje bardzo agresywną formę i już wielokrotnie w tym roku ucierał nosa rywalom z Red Bull Racing. Sainz natomiast potrafi wykorzystać każdą nadarzającą się okazję do podążania za czołówką, o czym świadczy jego m.in. niespodziewane zwycięstwo w Australii. Ta dwójka na pewno nie zamierza zwalniać tempa i na pewno postara się wykorzystać każdą lukę w strategii Mercedesa. Czerwoni z Maranello inwestują też coraz więcej w rozwój aerodynamicznych pakietów, co może zaskoczyć konkurencję.
Za plecami największych zespołów na Chinę ostrzą sobie apetyt także inne zespoły, które w tym sezonie coraz częściej mieszają układ sił w top 10. McLaren oraz Aston Martin prezentują postęp, a w warunkach sprintu, które będą dodatkowym smaczkiem weekendu, wszystko może się zdarzyć. Russell podkreśla, że nie ma już prostych wyścigów – “Trzeba być czujnym od pierwszego okrążenia do ostatniego, bo każda najmniejsza różnica może zdecydować o miejscach w punktach.”
Na trybunach i przed telewizorami emocje będą sięgały zenitu, zwłaszcza w kontekście premiery wyścigu w Chinach po latach nieobecności. George Russell pozostaje uważny – “Nie wolno niczego brać za pewnik.” Czy Mercedes odzyska blask, czy może Ferrari przypuści kolejny atak na Red Bulla? Przekonamy się już niedługo na torze w Szanghaju!
